Obraz

Obraz

niedziela, 17 kwietnia 2016

CHAPTER FIFTEEN: THE LAST ANNUAL HUNGER GAMES

Witaaajcie! Dzisiaj jestem wyjątkowo zadowolona. Mam nadzieję, że się spodoba i oczywiście zapraszam do komentowania!
- Tina
***

Siedzę spięta i wyprostowana, jak struna na swoim miejscu w loży wyłącznie dla mentorów. Pięć wygodnych foteli postawionych na jednej linii tworzą półokrąg, a za całkowicie szklaną i idealnie przejrzystą ścianą widać olbrzymi ekran. 
W tym pomieszczeniu byłam tylko raz, kiedy wraz z Peetą oglądaliśmy własne igrzyska. Wtedy na scenie tuż pod nami witały nas tłumy. Oficjalnie to miejsce to zwyczajna sala kinowa, ale olbrzymia i zaawansowana technologicznie. Masa ludzi siedzi pod nami czekając na początek igrzysk, do których zostało jedynie pół godziny.
Staje przed nami mężczyzna, który ma za zadanie objaśnić nam nową technologię wysyłania naszym trybutom prezentów.
Nasze fotele są niewiarygodnie wygodne, wyposażone w opcję snu, podajnik do napojów, dwieście różnych pozycji siedzenia od leżących po kompletnie wyprostowane i wbudowany panel dowodzenia. Panel jest wielkości małego stolika i podzielony jest na cztery części. W prawym, górnym roku każdej części wyświetlone jest imię trybuta i stan konta. Marszczę brwi na widok zmniejszonej liczby pieniędzy na kontach chłopców. Mężczyzna objaśnia, że aby wysłać trybutom prezent należy kliknąć w jego pole, wybrać podarunek i potwierdzić wysyłkę, a w niecałą minutę dotrze do nich. Mamy także mniejsze urządzenia przenośne, wielkości małego talerza do obserwacji naszych trybutów, na wypadek, gdybyśmy mieli opuścić to miejsce. Nie można jednak przez nie nic wysyłać, a jedynie monitorować. To ze względów bezpieczeństwa. Gdybyśmy zgubili takowe urządzenie, a z niego można by wysyłać prezenty, mogliby to robić inni ludzie spoza loży mentorów. Tego nie chcemy. Na dodatek panele przy krzesłach odczytują odciski palców a więc tylko ja mogę go używać.
Wycieram spocone dłonie o spodnie. Myślami wracam do wczorajszych pożegnań.

- A więc… Do zobaczenia. – palnęłam bez zastanowienie To było takie głupie, przecież żadne z nich może nie wrócić.
- Chyba. – odpowiedziała wtedy Rosalyn.
- Umówmy się, że damy z siebie wszystko. Nie damy się tak po prostu rozgnieść. – powiedział Evan, ale jego ton brzmiał niepewnie.
- Jednakże chciałabym, abyście wszyscy wiedzieli, że zrobię, co w mojej mocy, aby pomóc.

Potrząsam głową odganiając wspomnienie. Pobieżnie przeglądam listę lekarstw, jedzenia, ubrań, broni i przedmiotów takich, jak zapałki, suche drewno, czy śpiwory. Ceny są wysokie, ale zapewne nie dorównują tym, które pojawią się w ty samym miejscu za kilka dni.
Dziesięć minut do początku. Krzyżuję spojrzenia z Haymitchem, który rzuca mi pokrzepiające spojrzenie. Dziewięć minut.
Czuję się, jakby czas płynął mi przez palce. Osiem.
Zauważam Peetę siadającego w innej loży. Wygląda na dosyć zmęczonego i widać, że jest nie w humorze. Siedem.
Johanna chyba sprawdza ceny, bo krzyczy.
- Co to ma być? Dwieście pięćdziesiąt dolarów za paczkę krakersów? Gorzej niż dwa lata temu!
Sześć.
Ktoś jej odpowiada, że owszem, ceny w tym roku są wyższe. Pięć.
Na scenę ktoś wychodzi. Z tak ogromnej odległości prawie nic nie widzę. Cztery.
Uruchamia się olbrzymi i ekran i widzę w nim Prezydent Coin.
- Witajcie… Na obchodach siedemdziesiątych szóstych i ostatnich corocznych godowych igrzyskach! – krzyczy. Rozbrzmiewają oklaski. Trzy.
- Nasi mentorzy już zwarci i gotowi czekają, nasi widzowie w całym Panem czekają, ale ta sala jest jedynym miejscem na ziemi z zerowym czasem opóźnienia nadawania.
Dwa.
- Wszystko, co będziecie widzieć na ty ekranie dzieje się teraz, dokładnie w tej chwili. A więc życzę wam szczęśliwych godowych igrzysk i niech los zawsze wam sprzyja!
Coin chodzi ze sceny. Jeden.
Staram się uspokoić oddech. Staram się go wyrównać i wtedy… Rozbrzmiewa hymn.
Ekran jaśnieje, niemal nas oślepiając, a nasze panele pokazują już naszych trybutów, a raczej tuby, z których się wyłaniają. Na naszych panelach widzimy tylko i wyłącznie naszych trybutów, za to na tym wielkim możemy zobaczyć jedynie to, co jest transmitowane.
I wtedy kończy się hymn, a na ekranie widzimy róg obfitości. Konstrukcja jest bliźniaczo podobna do tej z naszych igrzysk i oczywiście wypełniona po brzegi wodą, jedzeniem i bronią, nawet palną. Duża część towaru porozrzucana jest w różnych odległościach od rogu, a ich wartość maleje im bliżej są trybuów. Słychać buczący głos Claudiusa Templesmitha.
- Panie i panowie… Siedemdziesiąte szóste głodowe igrzyska uważam za otwarte.
Zaczyna się odliczanie. Widzę, jak Rosalyn się rozgada dookoła, mając nadzieję znaleźć kogoś znajomego. Evan stoi dwa podesty od niej, ale Simon i Zoe zostali postawieni z drugiej strony rogu.
Dookoła jest pełno śniegu. Trybuci mają na sobie względnie ciepłe ubranie, ale na pierwszy rzut oka widać, że nawet ono nie uchroni ich przed zimnem na zbyt długo.
Nie biegnij do rogu, nie biegnij.
Minuta powoli dobiega końca, wiem, że moi trybuci mają wspólnie ustalony plan, który z nimi opracowałam po tym, jak postanowili stworzyć sojusz. Wiem, że mają biec jak najdalej od rogu, sprawdzą czy dadzą radę dostać się do mieszkań i tam się na jakiś czas zaszyć. Arena ma jednak dziesięć kilometrów szerokości i gdyby organizatorzy odstąpili im wstępu do mieszkań i możliwości się tam chowania, to zbyt łatwo mogliby się schować, przez co powstał plan B, która obejmuje dostanie się na najdalsze końce areny i szukanie schronienia wśród budynków zawężonych uliczek.
Jeden… Zero. Gong.
Niemal od razu zaczynam rwać sobie włosy z głowy, bo kiedy Rosalyn, Simon, Evan i brat Simona uciekają, jak najdalej od rogu, Zoe biegnie prosto ku niemu. Ze swoim pulchnym ciałem biegnie ociężale, ale jej to nie zniechęca. Biegnie dalej, chwyta pistolet, łuk, kołczan i trzy pierwsze z brzegu noże, kiedy zauważa ją Rose.
- Zoe! – wrzeszczy ostrzegając ją, a dziewczyna reaguje momentalnie zniżając głowę. Nóż Avery wbija się w ścianę rogu o centymetr mijając jej głowę. Dziewczyna odskakuje, a Rosalyn zawraca i kieruje się prosto na nie. Zaciskam zęby, aby stłumić krzyk.
Nie, nie, nie, nie! Coś pójdzie nie tak!
Rosalyn wskakuje na tył pieców Avery zwalając ją z nóg, Zoe zaczyna biec w stronę chłopców zostawiając Rosalyn na pastwę losu.
Przeklinam cię, Zoe!
Avery ciska Rose na ziemię, a uderzenie odbiera jej oddech. Evan również zawraca. Mija Zoe, wyrywając jej jeden z trzech nóż, które trzymała i rzuca się na Avery. Wbija nóż głęboko w jej dłoń, a z ust ofiary wyrywa się głośny krzyk.
Inni trybuci obrabiają właśnie róg, albo ze sobą walczą. Na ziemi leżą już cztery osoby. Evan chwyta Rosalyn w pasie i korzystając z okazji zarzuca ją sobie przez ramie, a w biegu udaje mu się jeszcze zdobyć dwa plecaki. Zoe, która jeszcze nie zdążyła dobiec do popędzającego ich Simona, stara się niczego nie upuścić, mimo śliskiej powierzchni. Mija ją Evan, ale kiedy tyko jest około metr przed nią z jej ust nagle tryska krew. Dziewczyna zwalnia i niemal od razu upada. To nie Avery rzuciła nóż, ale trybut Beetiego, który jednak z braku noża cofa się do rogu. Niemal od razu zostaje zabity przez Trybuta Johanny.
- Nie, nie nie, nie! Niech to szlag! – krzyczę sama do siebie widząc, jak jeden z czterech prostokątów na moim panelu gaśnie, a prostokąt Evana się rozciąga na wolne miejsce. Pieniądze zostają rozdzielone po równo na żyjących. Zoe nie żyje. Trzaskam dłonią w panel, ale przypominam sobie o pozostałych żyjących. Evan podaje na wpół przytomną Rosalyn i oba plecaki Simonowi i cofa się do ciała. Sprawdza puls, a nie wyszukując go, zabiera dziewczynie broń i kurtkę, po czym sprintem wraca do reszty.
Cała czwórka przeskakuje nad ogrodzeniem i gnają na zachód w stronę gór. Rose jest przemęczona, ledwo stawia kroki, wiec chłopcy na przemian niosą ją wymieniając się, co ich spowalnia, ale niewiele. Widocznie ignorują zmęczenie.
Widzę, że jako jedyni zapuszczają się w ten obszar areny, więc oddycham z ulgą i spoglądam na sufit. Widzę moich trybutów jedynie na panelu, bo na ekranie ciągnie toczy się jatka.
Wciągam głęboko powietrze. To się musiało tak skończyć. Nie zwyciężą wszyscy. Mimo wszystko czuję się winna śmierci Zoe. Mm ochotę się rozpłakać. To jednak nie wchodzi w grę. Mam jeszcze trójkę do uratowania.

4 komentarze:

  1. Kochanie, rozdział po prostu perełka <33
    Czytam wszystkie i jestem wręcz zakochana *-*
    Ale czy to nie powinien być rozdział piętnasty, nie szesnasty? :'3
    Doma <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję <3 masz rację, drobna pomyłka ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Tym razem nie jestem pierwsza, ale cóż... Brak wi-fi cały dzień :(
    Wracając do rozdziału... Cudny! <3 Każda kolejna notka jest lepsza od poprzedniej. :)
    Bardzo mi się podobało, jak opisałaś loże mentorów. Opisałaś to tak realistycznie, że wszystko odrazu sobie wyobraziłam *.*
    Szkoda Zoe, ale czegoś nie rozumiem. Czemu nie trzymała się planu? Chęć wygranej tak bardzo ją oślepiła, że aż biegła do rogu? Zachowała się głupio, przez co... No wiadomo.
    W każdym bądź razie, rozdział rewelacyjny ^^
    Viks

    OdpowiedzUsuń
  4. Muszę jakoś wytrzymać do niedzieli. Dam radę! :D
    Super notka.

    OdpowiedzUsuń